..i okolice w słowach, obrazach, wspomnieniach.

Dzieciństwo na kolei

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia, w grudniu 2015 roku odwiedziłem panią Teresę Kalińską. Z przyjemnością zamieszczamy wysłuchane i zredagowane wtedy wspomnienia, obejmujące mniej więcej okres od połowy lat 30 do roku 1945.

Teresa Karaś w wieku 10 lat (zdj, ze zbiorów Teresy Kalińskiej)

***

"Mój tata Stefan Karaś, odkąd pamiętam pracował na sochaczewskiej kolei wąskotorowej. Przed wojną pracownicy kolejowi wraz z rodzinami mieszkali w czterech murowanych domkach, które stały na terenie stacji od ulicy Łuszczewskich i tam z początku także mieszkali rodzice. Były tam też warsztaty, a już poza terenem wąskotorówki aż do ulicy 15 sierpnia ciągnęły się pola uprawne, przez które jeszcze po wojnie chodziłam do szkoły do Szopena. Moje wczesne dzieciństwo było dość beztroskie, kolejarze stanowili niemal jedną wielką rodzinę. Pamiętam dobrze niektórych pracowników, pana Pliszkiewicza, konduktora pana Cieślaka, maszynistę pana Panka. Rodziny kolejarzy jeździły kolejką na wycieczki, najczęściej do puszczy, na przykład do Piasków, gdzie odbywały się pikniki i grzybobrania.

                     
   

Lata 30 pracownicy kolei na wycieczce wraz z rodzinami (zdj, ze zbiorów Teresy Kalińskiej)

 

Wycieczka kolejowa - Bronisława Karaś, p Frączak, Stefan Karaś i mała Tereska Karaś (zdj, ze zbiorów Teresy Kalińskiej)

Innym miejscem, które przyjemnie wspominam z dzieciństwa było gospodarstwo wuja, Henryka Jabłońskiego na ulicy Stodólnej. Wuj ożenił się z wdową, panią Malinowską, która miała spory szmat ziemi między ulicą Stodólną a Warszawską, przy której znajdowała się część budynków gospodarczych i dom mieszkalny. W tym miejscu w zasadzie kończyło się miasto a nazwa ulicy - Stodólna, odpowiadała rzeczywistości, bo były tam faktycznie głównie stodoły. Gospodarstwo wuja było idealnym miejscem zabaw, zwłaszcza podczas wakacji, które spędzałam tam ze swoimi rówieśniczymi kuzynami.

Gospodarstwo pana Jabłońskiego ul Stodólna (zdj, ze zbiorów Teresy Kalińskiej)

 

Gospodarstwo pana Jabłońskiego ul Stodólna (zdj, ze zbiorów Teresy Kalińskiej)

Tuż przed wybuchem wojny przeprowadziliśmy się do mieszkania w nowo wybudowanym budynku stacyjnym. Był na owe czasy dość nowoczesny, na dole była poczekalnia i biuro zawiadowcy stacji, oraz ubikacje, na piętrze zaś służbowe mieszkania. Tata jako zawiadowca stacji, dostał jedno z nich. Był to ładny lokal, dwupokojowy, z łazienką i kuchnią a nawet centralnym ogrzewaniem. Niestety nie nacieszyliśmy się nim zbyt długo.

Po wybuchu wojny, tak jak wielu mieszkańców Sochaczewa byliśmy zmuszeni do ucieczki. Sam jej początek dla dziesięcioletniego dziecka, którym wówczas byłam, stanowił bardzo traumatyczne przeżycie. Szłam z mamą ulicą Warszawską, do wujka Henryka, aby pożyczyć wóz i konia. Rodzice chcieli zabrać na niego choć podstawowe rzeczy, takie jak pościel, oraz rodzinę taty, która mieszkała w centrum Sochaczewa. Ulica Warszawska zasłana była trupami koni i żołnierzy. Wyjechaliśmy do wsi Białynin, gdzie znaleźliśmy tymczasowe schronienie u jakiegoś rolnika w stodole. Niemców nie widzieliśmy jeszcze, ale stali już podobno za pobliskim laskiem za wsią.

Zawiadowca stacji Stefan Karaś. (zdj, ze zbiorów Teresy Kalińskiej)

Po powrocie do Sochaczewa przez jakiś czas nie było dla ojca pracy, nie mniej jednak wrócił w końcu na stanowisko. Niestety musieliśmy opuścić dopiero co otrzymane mieszkanie i przenieść się do mniejszego, choć w tym samym budynku. Był to już tylko jeden pokój z łazienką, z której z czasem wydzielono kuchnię. Nasze dawne lokum zajął niemiecki żandarm wraz ze swoją kobietą. Na piętrze było jeszcze jedno mieszkanie, w którym z kolei mieszkał pan Szyprowski, kierownik stacji wraz ze swoją żoną, podobno Niemką i córką. W zasadzie oprócz niego w najbliższym sąsiedztwie byli sami Niemcy. Państwo Szyprowscy jako sąsiedzi byli dość mili, czego nie można powiedzieć o ich córce. Była w moim wieku, nie pamiętam jak miała na imię, a że matka wołała na nią Lala, inni też tak ją nazywali. Była to prawdziwa zaraza, ciągle nadąsana  - ubliżała nam i wyzywała od polskich świń. Któregoś razu nie wytrzymałam tych wyzwisk i dałam jej w twarz. Mogły wyniknąć z tego powodu duże problemy, jej rodzice byli zdenerwowani, że ich córeczka dostała w buzię i to od Polki, najbliższej sąsiadki. Na szczęście jej matka mnie dość lubiła i sprawa rozeszła się po kościach, a "Laleczka przez parę dni nie wychodziła z domu.

Nasz drugi sąsiad, żandarm był już zdecydowanie nieprzyjemny. Pamiętam, że ilekroć wychodził z domu i widział przed domem jakieś dzieci, przeganiał je krzykliwym „Raus!”.

W tamtym czasie stacja kolei wąskotorowej była połączona z sochaczewskim węzłem bocznicą szerokotorową. Niemcy wykorzystywali ją w czasie okupacji do przeładunku węgla, ziemniaków, buraków, przy czym te ostatnie zwozili z okolicznych wiosek na trasie z Tułowic, jako kontyngenty rekwirowane od rolników. Gospodarze zwozili też płody rolne furmankami na drugą stację ulicą Towarową z Boryszewa, gdzie ładowano je do wagonów pociągów towarowych. Dzieciaki w okolicy wpadły wtedy na pomysł i porobiły sobie takie długie druty, pozakrzywiane na końcach i jak rolnik przejeżdżał ulicą, to tymi „haczykami”, ściągało się z wozów ziemniaki. Często w ten sposób można było uzbierać nawet cały ich koszyk. Kilka razy i ja dołączyłam do tego towarzystwa, zadowolona, że mogę do domu przynieść kartofle.

Jeszcze w 1940 wjechał przez wspomnianą bocznicę wjechał na naszą stację opancerzony niemiecki pociąg, który pozostał tam przez sporą część bytności Niemców w Sochaczewie. Na terenie kolei postawiono także szereg brezentowych namiotów, pod którymi trzymano uszkodzony sprzęt wojskowy. Naprawiano go, wykorzystując też warsztaty kolejowe. W jednym z nich Niemcy ustawili projektor i wyświetlali filmy. Zapraszali wtedy też pracowników, nawet raz mama puściła mnie na taki seans. Zarówno obsługa pociągu jak i mechanicy byli dość przychylnie nastawieni do polskich kolejarzy i ludności. Byli doskonale zaopatrzeni w żywność i gdy któryś z nich widział, że w okolicy kręci się dzieciarnia, częstował czasem czekoladą lub cukierkami.

Któregoś dnia zachorowałam. Poniżej pleców pojawiło się owrzodzenie i dostałam gorączki. Tata udał się wtedy do lekarza, który przebywał wśród załogi wspomnianego wcześniej pociągu, poprosić o jakąś maść. Ten przyszedł nawet osobiście, oprócz maści tranowej przyniósł również jakieś leki, dzięki którym wyzdrowiałam. Przychodził nawet później i przynosił słodycze, czy pomarańcze. Często opowiadał o swoim synku, który został w Rzeszy.

Życie podczas okupacji zaczęło wracać, do jako takiego porządku, choć był to już niemiecki porządek. Zaczęłam chodzić do szkoły. Wpierw na ulicę Staszica w budynku straży pożarnej. Tam była duża sala, w których odbywały się lekcje i była to podstawowa edukacja na którą pozwolili Niemcy. Później, jeden ze swoich budynków gospodarczych użyczył młodzieży Kazimierz Hugo-Bader i to już było nauczanie tajne.

Jeszcze później chodziłam na spotkania do wspaniałej nauczycielki, pani Marii Wołk. Jeżeli pomimo wieku mam wyraźny charakter pisma, to dzięki niej, bo zwracała dużą uwagę na kaligrafię. Jej dom znajdował się przy obecnej ulicy Wojska Polskiego i mieszkała tam razem z mężem. Małżeństwo uczyło nas w swoim prywatnym domu. To byli wspaniali ludzie, bardzo zaangażowanymi w nauczanie. Były jednak dla bezpieczeństwa ustalone pewne zasady. Zebranie się na komplety wyglądało tak, że trzeba było wchodzić do domu pojedynczo. Nie można było zbierać się w grupy i stać przed posesją. Zawsze stał przed wejściem mąż Pani Wołkowej i dawał znaki ręką, że można wejść. Nauka odbywała przy wielkim stole. Oczywiście wiązała się ona z pewnym ryzykiem, gdyż Niemcy cały czas wykonywali po mieście jakieś ruchy. Pan Wołk podnosił widząc ich w pobliżu domu alarm, - przychodził wtedy i mówił „Proszę młodzież zamknąć w pokoju”. Wtedy wstawaliśmy od stołu i siedzieliśmy cicho w ostatnim pomieszczeniu. Po skończonych lekcjach również wychodziliśmy pojedynczo i rozchodziliśmy się do domów.

Szokiem dla mnie było, gdy któregoś dnia zobaczyłam na rynku, przy ulicy Wąskiej, na którym odbywały się jarmarki szubienicę. Niemcy wieszali tam ludzi. Była to pokazówka dla mieszkańców miasta, bo po co było wieszać kogoś w takim publicznym miejscu? Było to robione po to, by postraszyć ludzi.

Innym razem wracałam od koleżanki, czy znajomych. Raptem wybuchła strzelanina i wszyscy zaczęli uciekać w popłochu. Jak później się dowiedziałam, Niemcy zastrzelili jakąś kobietę na ulicy Szopena, która miała ponoć z nimi jakieś powiązania.

Gdy Niemcy rozpoczęły wojnę ze Związkiem Radzieckim, po jakimś czasie zaczęły się pojawiać nad miastem radzieckie samoloty. Niemcy wszczynali wtedy alarm, krzycząc, że nadlatuje „Iwan”, a do obrotowego działka, które stało w pobliżu pociagu, biegła w te pędy jego obsługa.

Kiedy do Sochaczewa coraz bardziej zbliżał się front i Rosjanie, a pociąg miał wyjechać, przyszedł od nas niemiecki lekarz, żeby się pożegnać. Był bardzo poruszony i zrozpaczony, martwił się, że nie wie co się dzieje z jego dzieckiem. Zostawił mi wtedy jeszcze na pamiątkę zdjęcie synka z jakąś dedykacją po niemiecku, ale gdzieś się później zawieruszyło.

Niedługo później pewnego razu w nocy, jak spaliśmy ulotnili się także nasi sąsiedzi. Obudziliśmy się, a ich po prostu nie było. Opuścili mieszkania w pośpiechu, pozostawiając cześć sprzętów a nawet rzeczy osobistych. Nasz sąsiad żandarm miał pieska, ratlerka i nawet jego zostawił.

Wkrótce Ich miejsce zajęli na kwatery sowieci. Bałam się tych ludzi bardziej od Niemców. Zupełnie zdewastowali budynek. Zaczęli od wyrzucenia ojca z biura na parterze. Wstawili sobie tam do ogrzewania tzw. „kozy”, przez co ściany później były zakotłowane zupełnie na czarno sadzą. Mało tego, w mieszkaniu na piętrze, po Panu Szyprowskim, które też zajęli, wybili w rogu dziurę w podłodze, przez którą załatwiali się bezpośrednio na parter. Powyrzucali tam wszystko co pozostawił z szaf, a jednego z Rosjan szczególnie zaciekawiły ręczniki. Ucieszył się z nich i stwierdził, że zawiezie szal dla żony. Wynieśli się w końcu wraz z przesuwającym frontem, ale pozostawili nam „prezenty”. Po całym budynku rozlazły się pluskwy, w niesamowicie szybkim tempie. Była to istna plaga, insekty dostały się do mebli. Tapczan trzeba było znieść na dół, a mama polewała go wrzątkiem, żeby się ich pozbyć.

Drugi ich najazd, kiedy wracali z frontu nie był już taki dokuczliwy. Było ich wtedy pełno zwłaszcza na stacji szerokotorowej, a każdy obładowany tobołami z łupów zrabowanych z ziem zachodnich. Można było dostać najróżniejsze i zaskakujące przedmioty, które najchętniej wymieniali na słoninę, za połeć można było dostać np. radio. Ludzie chętnie korzystali z okazji, wypytując się czy nie mają tego, lub owego, a gdy nawet Rosjanin jakiejś rzeczy nie miał, to znikał na chwilę w grupie towarzyszy, poszperał i za chwilę ją przynosił. Ponieważ było to blisko, chodziłam tam często z ciekawości i choć już przecież nie byłam dzieckiem, to ciekawiły mnie te wszystkie różności. Zwróciłam uwagę że mieli nawet lalki dla dzieci, choć byłam już wtedy w takim wieku, że nie bardzo mnie już interesowały."

Teresa Kalińska z doomu Karaś, grudzień 2015.

5 Responses to Dzieciństwo na kolei

  • Znam osobiscie pania Karas I mimo,ze byla starsza ode mnie wiele lat,zawsze sie jej nisko klanialam.Dziekuje pani,pani Tereso za wymienienie nazwiska mojego ojca,ktorego cale zycie zwiazane bylo z miejsce,o ktorym pani wspomina,a przeciez ja. takze spedzilam tam moje dziecinstwo I wczesna mlodosc.Los rzucil mnie na druga polkule ale zawsze gdy jestem w Sochaczewie odwiedzam te stare moje katy.Z uplywem czasu wszystko sie zmienilo.Nie ma juz tych domow,ludzi,miejsca ,ktore tetnilo zyciem,smiechem dzieciarni przestalo zwyczajnie istniec.Mlodzi ludzie sie wyniesli,starzy powymierali,trawa I dziko wyrosle drzewa ot wszystko co pozostalo.Ilekroc jestem w Polsce,moj pobyt rozpoczynam od udania sie „na kolejke”. I zawsze gdy tam pojde, mysle o czasach szczesliwego ,choc biednego dziecinstwa I myslac o miejscach I ludziach,ktorzy mi bylo bliscy I kochani. nie moge powstrzymac moich lez.

    • Przekażę te słowa Pani Teresie. Cieszymy się, że zamieszczone wspomnienia w pewien sposób przeniosły Panią w czasy dzieciństwa. Pozdrawiamy gorąco z Polski.

  • Witam.Czy istnieje możliwość zapytania Pani Teresy Kalińskiej o sąsiadów Szyprowskich? Chodzi o imiona Pana i Pani Szyprowskiej oraz owej „spoliczkowanej” przez Panią Teresę „lali”.
    Pytanie to kieruję z tego względu,iż wykonuję drzewo genealogiczne rodziny Szyprowskich i poszukuję wszelakich informacji z tym nazwiskiem związanych.Może Pani Teresa posiada jakieś fotografie gdzie widnieją Szyprowscy.Będę wdzięczna za informacje.
    Z góry dziękuję za odpowiedź i bardzo interesujący artykuł.
    M.C Milczarek

  • Dzisiaj znowu przeczytalam historie pani Kalinskiej I znowu zakrecila mi sie lezka w oku bowiem jej historia jest takze moja historia. Jezeli by zaszla potrzeba napisania wspomnien chetnie sie nimi podziele z milosnikami statego Sochaczewa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *